Co nowego w górach, skale i na www?
Zlot Łojantów w Morskim Oku – to już szesnasty raz!
15 listopada 2015
0

Jak to widział Krzysztof

W sobotę 3 października 2015 miał miejsce w Morskim Oku kolejny Zlot Łojantów. Idea tych spotkań zrodziła się w głowie Elżbiety Fiałkowskiej, znanej szerzej jako Glajza, która wespół z Krzyśkiem Pankiewiczem w roku 2000 postanowiła zorganizować Spotkanie Łojantów Lat 70-tych i 80-tych. Impreza była bardzo huczna, schronisko trzęsło się w posadach, aż do samego rana. W środku nocy do rozbawionych wspinaczy dołączyła nawet niedźwiedzica z trzema uroczymi niedźwiadkami. Próbowała dobrać się do kontenera ze śmieciami, ale zniechęcona szybko rosnącym tłumem obserwatorów, głośnym rykiem zarządziła odwrót. Stadko szybko rozpłynęło się w mroku nocy. Wielkie szczęście, że nikomu się nic nie stało, bo niektórzy, rozochoceni zabawą i alkoholem fotografowie podchodzili do misiów z aparatami na odległość zaledwie kilku metrów.

Wyżni Ciemnosmreczyński Staw fot. Krzysztof Baran
Wyżni Ciemnosmreczyński Staw     Fot. Krzysztof Baran

Po tak udanej inauguracji stało się oczywiste, że za rok będzie powtórka, a potem już nikt nie miał wątpliwości, że spotykamy się w Morskim Oku w każdy pierwszy weekend października. W tym roku był to już szesnasty raz!

Sporo się od roku 2000 zmieniło, przybyło lat, kilogramów czy siwych włosów. Na imprezę nie zaglądają też tatrzańskie misie, skutecznie odseparowane elektrycznym ogrodzeniem terenu wokół schroniska. Idea spotkań uległa także samoistnemu rozszerzeniu – zaczęli się na nich pojawiać zarówno wspinacze młodszej generacji, jak i przedstawiciele pokolenia, które ustąpiło miejsca na tatrzańskiej scenie grupie nazywanej teraz Łojantami. Z czasem zresztą i to pojęcie uległo ewolucji i teraz Łojantem w dniach Zlotu jest każdy jego uczestnik, łącznie ze Staszkiem Bielem, który po raz pierwszy wspinał się w Tatrach w roku 1946!

Zamarła Turnia w popołudniowym słońcu fot. Krzysztof Baran
Zamarła Turnia w popołudniowym słońcu        Fot. K. Baran

Niestety, wielu bywalców pierwszych spotkań już nie ma na tym świecie, w tym – co szczególnie poruszające – ich pomysłodawców i organizatorów. W 2009 roku zmarł Krzysiek Pankiewicz, w 2014 w Tatrach Słowackich zginęła Ela. Ale tradycja Zlotu Łojantów jest dalej kultywowana i mam nadzieję, że będzie tak przez wiele następnych lat.

W tym roku w Morskim Oku pojawili się dawno nie widziani Małgosia i Jaś Kiełkowscy. Jak na rasowych encyklopedystów przystało, od razu wyłowili z grona uczestników siedmiu autorów wszelkiego rodzaju pierwszych przejść na ścianie nr 1 naszych Tatr, czyli na Kazalnicy. Podczas tradycyjnego wspólnego zdjęcia, które robione jest w niedzielę rano, udało się zgromadzić na tzw. belce sześciu spośród nich. Siódmy, Wojtek Jedliński gdzieś się zawieruszył i nie ma go na tej historycznej fotografii. Pozostała szóstka na tym, doprawdy wyjątkowym ujęciu, to od lewej: Grzegorz Chwoła, Ryszard Szafirski, Stanisław Biel, Jan Kiełkowski, Andrzej Marcisz i Marek Zierhoffer.

Wszyscy z nich zapisali się godnie na łamach historii zdobywania Kazalnicy, ale pod względem statystyki zdecydowany prym wiodą Jan Kiełkowski i Andrzej Marcisz. Pierwszy to 5 nowych dróg, zaś Andrzej ma ich 7, w tym 2 poprowadzone w zimie. Na jego koncie jest też 5 wspaniałych odhaczeń, oraz szereg rekordów szybkościowych, z których największy to Filar Kazalnicy zrobiony w 1987 z K. Pankiewiczem w 1h 40 min!

Miejsce przy belce, od lewej: Grzegorz Chwoła, Ryszard Szafirski, Stanisław Biel, Jan Kiełkowski, Andrzej Marcisz, Marek Zierhoffer
Miejsce przy belce…  od lewej: G. Chwoła, R. Szafirski, S. Biel, J.  Kiełkowski, A. Marcisz, M.  Zierhoffer      Fot. K. Baran

Gwoli rzetelności historycznej trzeba tu zaznaczyć, że Staszek Biel nie jest autorem żadnego pierwszego przejścia na Zerwie. Nie mniej jednak całość jego tatrzańskiej i alpejskiej kariery, a w tym pierwsze powtórzenie Łapińskiego/Paszuchy w roku 1951 czyli 64 lata temu, czynią go bezdyskusyjnie honorowym przewodniczącym Klubu Zdobywców Kazalnicy.

Kończąc te rozważania na okoliczność Łojantów chciałbym jeszcze dodać, że wspominany powyżej A. Marcisz dwa tygodnie przed naszym spotkaniem szczęśliwie uniknął losu Kamili Skolimowskiej, którą w oka mgnieniu pokonał zator płuc. Dosłownie w ostatniej chwili udało się lekarzom odwrócić bieg zdarzeń, a teraz zgodnie z ich zaleceniami winien prowadzić oszczędzający tryb życia. Ponieważ w lipcu przebiegł całą grań Tatr Wysokich, zaliczając jej wszystkie nazwane wierzchołki i przełęcze, to teraz w sobotę, w ramach rekonwalescencji odbył jedynie mały spacer po znacznej części grani Morskiego Oka…

□ Krzysztof Baran

Powyższy tekst został opublikowany 8 października 2015 na portalu www.wspinanie.pl

… i relacja Barbary

A w tym roku? W tym roku było równie tłoczno co za pierwszym razem. Zosia, królująca niezmiennie od lat w recepcji Moka, zarejestrowała rekordową – jeśli nie liczyć pierwszego spotkania w 2000 roku – liczbę ok. 120 zgłoszonych osób. Zajęte były wszystkie miejsca i w budynku głównym, i w Starym Schronisku, i w Gazdówce. Ze względu na wcześniejsze rezerwacje poczynione przez turystów i innych wspinaczy, cudem zmieściła całe towarzystwo. Niektórzy przyjechali już w czwartek, burząc wcześniej zaplanowany porządek. Ale nic to! Nikt do nikogo nie miał pretensji, wszyscy cieszyli się z corocznego spotkania.

Kozica w promieniach zachodzącego słońca nad Dol. Roztoki Fot. Krzysztof Baran
Kozica w promieniach zachodzącego słońca nad Dol. Roztoki      Fot. K.  Baran

Piątek, w którym niebiosa zesłały cudowną pogodę, został wykorzystany przez najbardziej aktywnych na dalekie i piękne wycieczki. Silna grupa (średnia wieku nieco poniżej siedemdziesiątki!) złożona z Ani Okopińskiej, Maćka Włodka (Kolorado), Zygmunta Pałuchy, Rysia Wrony oraz Basi i Krzysia Baranów zrobiła zgrabne, jedenastogodzinne kółeczko,

poczynając od Wrót Chałubińskiego, przez Ciemne Smreczyny, Zawory, Gładką Przełęcz, Dolinę Pięciu Stawów, wracając przez Świstówkę do schroniska. Inni zadowolili się krótszymi wypadami. Nie zabrakło też dzielnych weteranów, atakujących co cieplejsze ściany w okolicy.
Sobota, też słoneczna i ciepła, została wykorzystana równie pożytecznie, choć z pewnym umiarem, zważywszy na perspektywę wieczornej imprezy. Umiaru nie wykazał jednakowoż Rysiek Wrona, który mając w planie szybki wypad do Wiktorówek, pod wpływem nagłego impulsu zmienił plan i przebiegł Grań Miedzianego i Opalonego. Napędził przy tym niezłego strachu innej dwójce wspinaczy, którzy pokonując tę samą trasę byli przekonani, że goni ich strażnik parkowy.

Marek Janas pod troskliwą lekarską opieką Iwony Skłodowskiej
Marek Janas pod troskliwą lekarską opieką Iwony Skłodowskiej     Fot. K. Baran

Reszta towarzystwa udała się szlakiem w kierunku Dolinki za Mnichem, aby w zacisznym miejscu z widokiem na całe otoczenie Morskiego Oka, tradycyjnie świętować urodziny (które to już? – podobno osiemdziesiąte siódme!) Profesora Janasa. Marek, hołubiony przez doktor Iwonę Skłodowską i lekarza anestezjologa, wyglądał na bardzo szczęśliwego. Alkoholu nie brakowało, zwłaszcza, że zjawił się Kikuś Mazurkiewicz z nieodłączną, piorunującą mieszanką spirytusu i soku malinowego (tzw. Tata z Mamą). Szczęśliwy, kto zdołał się wymówić. Niektórzy mieli po tym specjale niejakie problemy z pokonaniem szlaku zejściowego, ale pod czujnym, toprowskim okiem Maćka Pawlikowskiego wszyscy uczestnicy „wyprawy” szczęśliwie dotarli do schroniska.
A wieczorem? Wieczór, jak zwykle rozpoczął się powitaniem przez Marysię Łapińską, krótkim zagajeniem Ewy Szczęśniak i wspomnieniem tych, którzy odeszli na wieczną wspinaczkę. Potem już była pyszna kolacja i rozmowy, rozmowy, rozmowy… Wreszcie dźwięki muzyki zagłuszyły wszelkie próby komunikacji i zaczęły się tańce. Komu dokuczył hałas, mógł udać się do klimatycznego saloniku Marysi Łapińskiej, skosztować prawdziwej litworówki i wysłuchać opowieści Jasia Słupskiego o dawnych, taternickich czasach. Wśród nich była też, całkiem różna od oficjalnej wersji, historia słynnego skoku Józefa Uznańskiego z wagonika kolejki na Kasprowy w czasie II wojny światowej. Ale o tym to już chyba innym razem…

Niedzielny poranek, koniec zlotu, zaczyna wiać wiatr Fot. K. Baran
Niedzielny poranek, koniec Zlotu Łojantów,  pogoda się psuje      Fot. K. Baran

 

Niestety, wszystko, co dobre szybko się kończy. Ranek przywitał nas zimnem i silnym wiatrem, marszczącym spokojną dotąd taflę Morskiego Oka. Ale i tak o 9.00 wszyscy stawili się do tradycyjnego zdjęcia. Jasiu Słupski z niejakim trudem zgromadził nieco zaspane i skacowane towarzystwo, ale… daliśmy radę.
A teraz będziemy w domowym zaciszu zestawiać zdjęcia z tego roku, z tymi z poprzednich lat, kontemplując z nostalgią upływ czasu. Dobrego czasu!

□ Barbara Baran