Co nowego w górach, skale i na www?
Sardynia – wspinanie i zwiedzanie: Masua – perełka zachodniego wybrzeża
18 października 2016
0

29 maja 2016 – ostatni dzień naszej wyprawy spod znaku wspinania i zwiedzania Sardynii, jutro rano lecimy z powrotem do Krakowa. Z harmonogramu wypada na wspinaczkę, a cel jest godny – Masua, a ściślej mówiąc Castello dell’Iride. Według Maurizio Oviglia to jeden z najlepszych sektorów nie tylko na Sardynii, ale mógłby się znaleźć na top liście całej Italii. Dla nas najważniejsza jest bardzo duża liczba łatwych dróg, szczególnie różnej maści szóstek, na które m0cno ostrzę zęby. Rzeczywistość koryguje jednak nasze plany, dodam od razu, że in plus.

Rano na niebie sporo chmur, więc niespiesznie celebrujemy śniadanie i w końcu ruszmy na zachód. Nad morzem pogoda nieco gorsza, ale  na szczęście nie pada. W końcu osiągamy Nebidę, górnicze miastko, u stóp którego rozłożona jest Masua, która jest w zasadzie zespółem dawnych kamieniołomów, kilku małych ale uroczych plaż z dwoma knajpami, oferującymi raczej fastfood. Patrząc od strony morza wrażenia są kiepskie – po prostu postindustrialny krajobraz, ale widok na morze i klif, z dominująca Głową Cukru (Pan di Zucchero) zapiera dech w piersiach.

Pogoda się poprawia i zastanawiamy się co dalej. Na wspinanie za wcześnie, bo ściany są w słońcu i zalecane jest tutaj popołudnie. Na jednej z plaż zauważamy ofertę rejsu pontonem wzdłuż wybrzeża i oczywiście wokół Pan di Zucchero. Cena 15 euro za 1 godzinę od osoby kusi, ale nie ma innych chętnych, jedynie nasza trójka. Okazuje się jednak, że nie ma przeszkód i za 10 minut mamy się zameldować na nabrzeżu obok. Oczekiwanie przedłuża się do godziny, ale i tak mamy czas, więc się nie gorączkujemy. W końcu nadchodzi silna grupa wyekwipowana w uprzęże i kaski, prowadzona przez chyba trzech przewodników. Domyślamy się, że to amatorzy wejścia na słynną skałę i, że właśnie na nich czekaliśmy.

Droga do Pan di Zucchero to krótka piłka, znacznie dłużej trwa wyokrętowanie grupy, przewodnicy są niezwykle ostrożni i asekurują uważnie każdy krok swoich podopiecznych. Wreszcie ruszamy w rejs. Nasz pontonowy kapitan okazuje się także wspinaczem, jest bardzo przyjacielski i stara się jak może najlepiej wynagrodzić nam długie oczekiwanie. Poza tym wyraźnie sprawia mu autentyczną radość nasz zachwyt nad coraz to nowymi cudami sardyńskiej natury. W rezultacie pływamy przez 2 godziny wzdłuż fantastycznego wybrzeża, pełnego najwspanialszych form skalnych, zostawiając daleko na południu Głowę Cukru.  Opłaciło się czekać tę godzinę! Chłopak też zapewne nie żałował, bo dostał niezły napiwek.

Po powrocie jesteśmy syci wrażeń, ale zwyczajnie głodni. Decydujemy się na wyjazd na górę do Nebidy, gdzie zauważyliśmy wcześniej małą pizzerię, raczej dla miejscowych. Wchodzimy w ciemno licząc na to, że jak zwykle we Włoszech, będzie tu tańsze i lepsze jedzenie niż w knajpach dla turystów. Reguła i tym razem działa w rezultacie czego obiad przeciąga się ponad miarę. Po powrocie do Masua napieramy samochodem na parking do końca bitej drogi i ruszamy w drogę. Najpierw osiągamy wlot turystycznej kopalni i stąd w górę ścieżką pniemy się pod ścianę.

Pogoda jednak płata nam figla, niebo zasnuwa się chmurami, powoli zapada zmrok, a nawet pojawiają się pojedyncze krople deszczu – pierwsze w czasie całego naszego pobytu na Sardynii! W rezultacie wspinamy się niewiele, a z moich rozległych planów udała się jedynie przejść kilka rozgrzewkowych piątek, jedną trudniejszą drogę i trzeba było zwijać manele. Na koniec, już na dole dorwali nas strażnicy miejscowego parku myśląc, że jesteśmy jakimiś Anglikami rabującymi ze skał kryształy górskie. Ponieważ nie znali ani słowa poza włoskim, wyjaśnianie problemu zajęło trochę czasu, ale poza wszystkim było bardzo zabawne.

Do apartamentu dotarliśmy już późnym wieczorem i zgodnie uznaliśmy, że był to niespodziewanie najpiękniejszy dzień zwiedzania, a niedosyt wspinania nie zmienił tej entuzjastycznej oceny. To było wspaniałe pożegnanie Sardynii!

K. Baran