Taterniczek 29
Drogi Wspinaczu!

Kiedy zmęczonemu i znudzonemu cią­głym krążeniem miedzy skałkami a Tatra­mi staje Ci  nagle przed oczyma miraż Himalajów, Alp lub co najmniej kanionu Verdon, odpędzasz te kuszące wizje – Apage satanas! Nie dla mnie!

Brak forsy dusi wszelkie Twoje marzenie niczym zła czarownica. Doprowadzony do ostateczności widokiem Twych ko­legów opuszczających kraj i udających się w daleki świat, w akcie rozpaczy bierzesz trochę godzin nadliczbowych, trochę prac zleconych, harujesz po nocach niczym dziki osioł, a pod koniec miesiąca dostajesz na chciwie wyciągniętą rękę całe tysiąc zło­tych – tytułem zapłaty za twą mordęgę. Patrzysz jak głupi na Kopernika, który zdaje się do Ciebie uśmiechać z politowaniem, a potem idziesz do knajpy, gdzie usiłujesz się upić za otrzymane dodatkowe pieniądze. Głowę masz jednak silną i marny tysiączek nie starcza na to, by skutecznie zwalić Cię i nóg i dać zapomnienie. Skacowany, zły i zrezygnowany idziesz ulicą i nagle w Twe mętne oko wpada plakat: pół-naga dzie­wczyna, Twoja klubowa koleżanka, wisząc na linie myje okno wieżowca. To Ci daje do myślenia: być może Twoje ciało nie nadaje się do tego, by kokietować nim łakomie wybałuszających oczy urzędników z drugiej strony szyby. Może jednak podobna do tej praca wystarczy i trochę więcej forsy wpa­dnie do kieszeni.

I cóż się okazuje? Oczywiście. Tylko Ty o niczym nie wiedziałeś! Twoi koledzy już od dawna oddają się intratnym zajęciom, jak malowanie kominów, hal fabrycznych, mycie szyb, tynkowanie  wieżowców itp. Teraz już wiesz, dlaczego większość z nich może pozwolić sobie na zagraniczne, atrakcyjne wyjazdy i rozbija się zachodnimi sa­mochodami.

Nachodzi Cię niepowstrzymana żądza zdobycia dodatkowych paru tysięcy, które pozwoliłyby Ci na zagraniczne wojaże. Rzecz okazuje się być dość trudna, albo­wiem zamknięte kręgi wspinaczy zarabiających we wspomniany sposób nie dopuszczają obcych. Jesteś jednak wytrzyma­ły i udaje Ci się wreszcie po dłuższym szu­kaniu wejść dostać jakiś ochłap z łaski na uciechę.

Hala produkcyjna jednej z większych polskich hut nie budzi Twego zaufania: metalowe konstrukcje, które masz malować zawieszone są nad ziejącymi ogniem zbiorni­kami z płynną surówką, obok zaś z potwornym hukiem jeżdżą suwnice. Cóż jednak robić? Przywoławszy na pamięć błogą wi­zję paru wartościowych papierków bierzesz się do roboty. Nieźle Ci to nawet idzie, ma­chasz więc ochoczo pędzlem starając się jak najdokładniej wykonać prace. Zajęty nią bez reszty nie zauważasz, że Twoi ko­ledzy przesunęli się dyskretnie w inny kąt hali. Jest Ci ciepło, coraz cieplej… Rura, na której siedzisz zaczyna parzyć Ci tyłek. Jedno spojrzenie w dół tłumaczy – zbiornik z surówką przesunął się nieco w Twoją stronę i zieje ogniem niczym otchłań piekielna. Jeszcze chwila, a rozżarzysz się jak węgielek. Szarpiesz się, chcąc uciec z tego straszliwego miejsca, lecz autoasekuracja, którą założyłeś własnoręcznie jest nie­zawodna. Z drugiej strony hali dobiega Cię rechot kolegów, kiedy z tyłkiem czerwo­nym jak u pawiana udaje Ci się wreszcie umknąć z gorącej pułapki. Oddychasz z ulgą.  Ale cóż to?

Aha. stanąłeś na drodze suwnicy, która zmiażdży Cię na papkę. Dobrze, że masz silne łapy, wisząc bowiem na nich nad 40-metrową otchłanią unikasz straszliwego losu. Lecz czymże są Twoje nędzne wyczy­ny zrodzone z podłego strachu wobec akro­batycznych sztuk Twych kolegów, którzy, widać to wyraźnie, chcą pokazać Ci jakim jesteś łamagą. Serce staje Ci w piersi, gdy widzisz jednego z nich, jak skacze po me­talowych prętach nad piekielną otchłanią. A ten drugi, który przyciskając się tyłem do ściany pełznie z dwoma wiaderkami pełnymi farby po 10-cio centymetrowym gzym­sie gwiżdżąc na asekurację? Zamykasz oczy i zatykasz uszy nie chcąc ni widzieć, ni sły­szeć wrzasku towarzysza wpadającego do kotła z surówką. Ale nic się nie dzieje i odczuwasz wstyd, że Ty się boisz, nie potra­fisz… Obiecujesz sobie jednak na przyszłość postarać się o mniej „gorącą „pracę.

Okazja taka nadarza się niebawem: ma­sywny opad śniegu aż prosi się o to, by strą­cić go z dachów. Bierzesz więc łopatę i z paroma kolegami udajesz się na wyżyny pewnej instytucji, która płaci po 180 zł. za metr kwadratowy czystej przestrzeni da­chowej.

Z podziwem patrzysz, jak Twoi koledzy dostają się na ów dach skrótem – łojąc dilfrem w górę zlodowaciałą rynną. Ty wo­lisz nie ryzykować i chyłkiem, schodami dostajesz się na dach. Widzisz z rozpaczą, jak gonią Cię ironiczne spojrzenia Twych to­warzyszy…

Ho, ho, jak energicznie zabrali się za pra­cę! Widać, że chcą zarobić jak najwięcej metrów kwadratowych. Zwały śniegu lecą niczym tatrzańskie lawiny. Patrzysz w dół i z przerażeniem widzisz, jak spora grupa ludzi złorzecząc najgorszymi wyrazami wygrzebuje się spod śniegu. Pryskają co prę­dzej na boki, albowiem z góry leci nowa, nie mniejsza porcja białej śmierci.

Teraz kolej na rynny: siedzisz i wydłu­bujesz subtelnie lód, starając się rzecz zro­bić jak najdokładniej, z jak najmniejszym uszczerbkiem dla państwowego mienia. Za to Twoi towarzysze idą jak burza, kawały lodu i odrąbanej rynny lecą w dół niczym bomby.

Chyba zabiliście staruszkę – szepczesz w przerażeniu, albowiem rzut oka ukazuje Ci jakąś krwawą plamę rozłożoną pod Wa­szym miejscem pracy.

Nie szkodzi, szybciej będzie w niebie – wzrusza ramionami czołowy as skałkowej wspinaczki.

W ferworze walki nie dostrzega, że Ty siedzisz na jego „torze” i jednym, szybkim ruchem czekana zwala Cię w dół. Dyndasz więc rozkosznie nad ulicą, na głowę lecą Ci kawały lodu i sople strącane przez uczyn­nych kolegów, a tłum gapiów po drugiej stronie ulicy gęstnieje…

–  Trzeba by po straż pożarną! – dobiega­ją Cię stroskane głosy.

–  Długo tak nie wytrzyma – piszczy jakaś kobiecina.

–   Ale dynda! – cieszy się gruby dzieciak i klaszcze w dłonie, a Ty nawet nie możesz
napluć mu na głowę, bo stoi za daleko.

Usiłujesz wyprusikowac na górę. ale li­na jest tak zalodzona, że po chwili rezygnujesz, zdając się na łaskę losu, który wyraźnie Ci sprzyja, bo po niedługiej chwi­li z piskiem opon i wyjącą syreną zajeżdża czerwony wóz. Wysypuje się z niego kupa dziarskich strażaków, którzy w okamgnieniu rozciągają pod Tobą płachtę

–  Odetnij się pan! – padają życzliwie uwagi

–  Boi się biedaczek! – zawodzi kobieci­na.

Ty zaś, purpurowy ze wstydu nie robisz nic, albowiem nie masz przy sobie ostrego narzędzia, zęby już dawno nie te, a poza tym lina klubowa…

W pewnym momencie  czujesz jednak, że coś uwolniło Cię nagle: to koledzy, nie wiedzący o świecie bożym, łupiący lód jak w transie, przecięli sztychówką li­nę, nie martwiąc się że klubowa. Z wrza­skiem lecisz w dół, spadasz na płachtę, odbijając się od niej jak piłka. Towarzyszy Ci przeciągłe oooooo! gawiedzi.

Po paru miesiącach czekania nadchodzi wreszcie słodka chwila odbioru należności za Twą ciężką i niebezpieczną pracę. Z radością patrzysz na odliczane Ci na rękę 15 tyś. Coś każe Ci jednak zatrzymać się w drzwiach, gdy należność pobiera Twój klu­bowy kolega. Twoje oczy stają się coraz bardziej okrągłe, a w głowie huczą Ci ty­siące dzwoneczków.

– Słabo Ci? – pyta ktoś i podążając wzrokiem za Twą wyciągniętą oskarżycielsko ręką odlicza wraz ze skarbnikiem: 197 tysięcy, 198,199,200, 201….

Be-Be