Taterniczek 31
Drogi Wspinaczu!

Gdzież te czasy, gdy nieśmiało i z nabożeństwem wyciągałeś ręce po uczciwie a ciężko zarobione na pracach wysokościowych piętnaście tysięcy. Z niesmakiem myślisz o własnej naiwności i głupocie. Tamte chwile już dawno należą do przeszłości. Gdy cofasz się myślami wstecz widzisz siebie szybko pnącego się po stopniach wysokościowej kariery. Podłapywałeś coraz to lepsze fuchy, które w sposób istotny podreperowały Twój nadwyrężony przez rozmaite wyprawowe pożyczki budżet. Z początku z entuzjazmem ładowałeś całą forsę w sprzęt i zagraniczne, wspinaczkowe wyjazdy, aliści coś dziwnego zaczęło się dziać z Twą jakże czystą moralnie osobą. Twoje myśli jęły oddalać się od świetlanego celu, jakim zawsze dotychczas były góry, za to dobra materialne wysunęły się w nich na plan pierwszy.

Nękany zazdrością patrzyłeś na rekinów prac wysokościowych, rozbijających się najnowszymi modelami zachodnich samochodów, w najgorszym wypadku przemykających się chyłkiem „Polonezem”. Wreszcie, nie chcąc być gorszym, za pierwszą grubszą wypłatę nabyłeś 10-letnią, rozklekotaną „skarpetę” i z fasonem zajeżdżałeś nią w skałki czy do roboty. Gdy jednak razu pewnego, kopnięta przez jakiegoś przedszkolaka rozsypała się na oczach Twych polonezowych kompanów, w Twej duszy coś zaskowytało. Od tego momentu wiedziałeś już, że i Ty musisz zostać „rekinem”.

Twe ręce drżały teraz, jak u hazardzisty, gdy wyciągałeś je po coraz to większe pieniądze. Plułeś ze wstrętem na wypłaty niższe niż… (cenzura wykreśliła).

Twoje akcje szybko szły w górę: „skarpetę” zastąpił 5-letni „Trabant”, żonę panienka podejrzanej konduity, a mleko, które ongiś z obrzydzeniem piłeś dla zdrowia – czysta wyborowa.

Czułeś się tak, jakbyś Pana Boga złapał za nogi, ale to wciąż nie było to. Nawet, gdy ‚Trabanta” zastąpił „Maluch”, panienkę zmieniłeś na droższą, a podły trunek na „Napoleona” z „Pewexu”, tkwiło w Tobie uczucie niedosytu. Mierzyłeś wyżej, dużo wyżej, można rzec chciałeś sięgnąć po Everest wysokościowych możliwości. Już bez uczucia wstydu uśmiechasz się na wspomnienie, kiedy to na dobrym „cyku „, rozparty w fotelu własnego „Poloneza” mknąłeś 200/godz., wyznając zasadę, że szybkość determinuje wyłącznie stan nawierzchni jezdni. Z prawdziwą satysfakcją przypominasz sobie, jak to z kota zrobiłeś dywanik, z kury wydusiłeś parę jajek, a pewnemu staruszkowi, który niebacznie nawinął Ci się pod koła zmiażdżyłeś stopy. Z pogardą i wyższością patrzyłeś na swych nie zdeprawowanych jeszcze mamoną klubowych kolegów, gratulując sobie, żeś obrał w życiu lepszą cząstkę…

Ale było coś jeszcze, co spędzało Ci sen z oczu: ciągle byłeś tylko pionkiem, zależnym od rekinów wysokościowej finansjery. Samemu mieć takie małe Harper’s Mining! Marzyło Ci się być rodzimym Sandersem, mieć jakąś Stefcię i może krokodyla na dokładkę…

I oto Twoje marzenie spełniło się: stoisz więc u stóp niebotycznego komina, z petem w zębach oraz z pejczem w ręku i popędzasz do roboty niezbyt wybrednymi słowy Twych „murzynów”, dawnych towarzyszy liny. Jak feudalny ekonom przechadzasz się tu i tam z butną miną nie troszcząc się ni o narzędzia pracy dla Twych podwładnych, ni o BHP. Niech się gnoje sami martwią!

Widok Twych klubowych kolegów wyjeżdżających na wyprawy powoduje jednak, że czujesz w sercu jakby drobne ukłucie. Lecz wydaje Ci się, że masz w sobie jeszcze moc większą, niż potrzebna jest do zdobycia Everestu. Jeśli tylko zechcesz, to im jeszcze pokażesz!

Okazja natrafia się niebawem: w poszukiwaniu kompanów do kieliszka trafiasz którejś niedzieli do jakże dobrze Ci niegdyś znanej Dolinki Kobylańskiej. Nagle przychodzi Ci do głowy myśl. że może mógłbyś się wspiąć. Przecież byłeś taki dobry… Nic to, że grupka kolegów zgromadzonych pod Księżycowym Kominkiem patrzy drwiąco. Potem pójdziesz na coś trudniejszego.

Lecz cóż to! Czemuż skała przewieszona odpycha od siebie? Gdzież stopnie i chwyty?

– Odłupaliście świnie! – ryczysz wściekły i wśród chóralnego rechotu dudniąc staczasz się do Źródełka.

– Tatusiu! – piszczy jakiś maluch – to takie kluchy też się wspinają? Patrzysz na niego wściekłym zezem, ale w domu chyłkiem wyciągasz zza szafy duże lustro i zerkasz w nie ukradkiem:

– Nie, to być nie może! Czy ten wielki wałek tłuszczu na krótkich, grubych nóżkach, o rękach z paluszkami jak kiełbaski – to Ty? Oczy przecierasz, lecz widziadło nie znika.

– Ach ty mój kochany tłuścioszku -woła żona, widząc Twe odbicie w lustrze.

– Chciałeś się zobaczyć w całej okazałości?

I teraz już wiesz, że to nie koledzy zrobili Ci na paskudę, to tylko Twój brzuch, Twój wielki brzuch przesłonił Ci stopnie i uchwyty i odepchnął od ściany.

Be-Be (Barbara Baran)