Taterniczek 38
„Dziadek”

    W ubiegłym roku odszedł od nas Andrzej Heinrich, postać tak wrośnięta w środowisko wspinaczkowe, że trudno było sobie wyobrazić nieobecność ,,Dziadka” w klubie, w skałkach, przy organizacji kolejnych wy­praw. Andrzej wydawał się po prostu ,,niezniszczalny”. Pojawiały się i znikały kolejne pokolenia skałołazów”, taterników, alpinistów, a „Dziadek” wciąż po prostu był. Powtarzało się opowiadania o Jego cudownych ocaleniach”. Przyszedł jednak ten ostatni raz, gdy do­świadczenie i żelazna kondycja nie wystarczyły. Wspo­minając ,,Dziadka” jako człowieka, który współtworzył obraz krakowskiego i polskiego alpinizmu postanowiliś­my poświęcić mu kilka stron Taterniczka”. Szczegól­nie interesującym wydaje się nam, znaleziony w redak­cyjnych materiałach, niepublikowany dotąd tekst An­drzeja, dotyczący jednej z Jego ostatnich wypraw w uko­chane wysokie góry.

Redakcja

Kiedy małżonek mój, a redaktor „Taterniczka” poprosił mnie o napisanie wspomnienia o Andrzeju Heinrichu otworzyłam oczy ze zdziwienia: dlaczego ja? Nie znałam go na tyle, by móc… Może ci, którzy spędzili z nim kawał życia na wyprawach?.. – Napisz tak, jak go znałaś — uciął Krzysztof.

Więc gonitwa myśli, szukanie wspomnień jakże nielicznych, a przecież bardzo mi bliskich.

Bardzo dawno temu — jakaś sala, może w Col­legium Physicum na Reymonta. Siedziałyśmy z kole­żanką i z wypiekami na twarzy słuchałyśmy jak An­drzej opowiada o wyprawie na Malubitting. Pierwszej polskiej powojennej wyprawie w Himalaje. Jakoś bar­dzo nieskładnie opowiadał, „plątał się w zeznaniach”, tak, jakby peszyły go te wpatrzone w niego dziesiątki oczu. Ale ja siedziałam zachwycona. Na owe czasy wyczyn był ogromny, a Andrzej mówił o tym ze wzruszającą skromnością.

Nastolatki lubią mieć swoich idoli, więc i ja wy­brałam… Zwykle, po jakimś czasie zrzuca się idoli z piedestału — a to się znudził, a to z jakichś wzglę­dów utracił autorytet, a to splamił się jakimś skandalem, albo się po prostu z niego „wyrosło”. Andrzej pozostał u mnie na piedestale do końca. Nigdy nie przestał być owym świetlanym przykładem. A przecież wtedy, na tej sali został moim idolem niejako „na kredyt”. Nic o nim nie wiedziałam. Wnioskowałam o człowieku z jego fizis, z paru wypowiedzianych słów… Przyszłość pokazała, że się nie myliłam.

Czy Andrzej nie miał wad? Ja go takim widziałam. Wyidealizowałam sobie? A jednak przez tę ogromną przestrzeń czasu, przez lat co najmniej dwadzieścia nie słyszałam, by ktokolwiek mówił o nim źle, by wytykał mu jakieś błędy, by miał jakieś zastrzeżenia co do jego etyki.

Pozostał w mojej pamięci również tym, który po­stępuje inaczej. Nie ulegał owczemu pędowi ku „cze­muś tam”, nie poddawał się stereotypom. Może wyda­wać się śmieszne, ale ceniłam w nim to, że zadowala się skromną posadą inżyniera budowlanego, nie ro­biąc kokosów na jakże intratnych wtedy pracach wy­sokościowych. A także i to, że na wyprawach nie zbijał pieniędzy na handlu, ale wydawał je na książki.

Nie było mi dane często wspinać się z Andrzejem. Ale zapamiętałam jeden piękny dzień w Dolinie Bolechowickiej, kiedy przyszłam sama i bardzo chciałam się powspinać. A że wspinacz był ze mnie mierny, nikt nie kwapił się, by związać się ze mną liną. Dopiero Andrzej, widząc moją smutną minę, zaproponował mi Wallischa i coś tam jeszcze, nie zważając na grymasy swego partnera. Żadnym gestem ani słowem nie dał mi odczuć, że traci przeze mnie czas. — To tylko kwestia braku treningu. Jeszcze parę dróg, a będziesz fruwała — powiedział i uśmiechnął się. Jakże poczułam się dowartościowana! Bo Andrzej nie robił różnic między nami. I był między nami zawsze.

Kiedy przychodziło się do klubu, można było mieć pewność, że gdzieś zauważy się jego charakterystycz­ną, lekko pochyloną sylwetkę. Oczywiście, za wyjąt­kiem długich okresów, kiedy przebywał na kolejnej wyprawie. Widzę go, jak ożywiony, dyskutuje o czymś z Gienkiem Chrobakiem, jak rozmawia przyjaźnie z jakimś wystraszonym kursantem. To znowu w skał­kach — jak biegnie przez dolinki, by „złapać kondy­cję”. Zwykle dołączał do niego jakiś chcący się popisać łamaga, ale odpadał zwykle w krótkim czasie, nie wytrzymując tempa Dziadka. Dziadek — tak nazy­waliśmy go często. Jakie to niesprawiedliwe! Był to chyba ostatni człowiek, który na to miano zasługiwał. Prawdę mówiąc, nie wiem, skąd się wzięło. Może na zasadzie przekory? A może przez zazdrość?

Nie wiem, jak to się działo, ale ze wszystkimi znajdował wspólny język. Był tym, który swoją osobą łączył nas wszystkich — wspinaczy różnych pokoleń, spajał te tak różniące się od siebie, pozornie mało mające ze sobą wspólnego grupy. To co mówił, nigdy nie było wyszukane, nigdy błyskotliwe. Zawsze wyda­wało mi się, że do Andrzeja trzeba znaleźć jakiś klucz, jakieś słowa-klucze, które pozwoliłyby odkryć w nim coś więcej, niż było widać „od zewnątrz”. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że to niepotrzebne, że jego największą siłą i największym urokiem była pros­tota. I że nic więcej odkrywać nie trzeba.

I jeszcze jeden dzień, pełen słońca, śniegu i trzas­kającego mrozu. Dzień Nowego Roku 1980. Zamiast odsypiać sylwestrowy bal — jedziemy w skałki. Na przystanku wysiada para znajomych. Jest i Andrzej. Rozsłonecznionymi polami schodzimy ku Dolinie Ko­bylańskiej. Daleko od domów stado zmarzniętych półżywych gęsi. Andrzej bierze jedną z nich pod kurt­kę i niesie z powrotem ku odległym zabudowaniom. Zawstydzeni czynimy to samo. My przeszlibyśmy obo­jętnie.

Niedługo potem zaczęła się nowa era — strajków, powstania „Solidarności”, miesięcy szalonej nadziei, a potem mrocznych lat stanu wojennego. Andrzej, zaangażowany w działalność „Solidarności” nie zważa na konsekwencje — przeniesienie na inne stanowisko, szykany, kłopoty ze Służbą Bezpieczeństwa. Cieszy się jak dziecko, biorąc udział w akcji „wyklaskiwania” Haliny Czerny-Stefańskiej z jej własnego koncertu. Ot, wspomnienie tamtych czasów.

Kiedyś w Tatrach, Andrzej wybrał się z Krzysz­tofem na Zamarłą. Z jakichś powodów nie poszłam z nimi i pod wieczór wróciłam do schroniska z turys­tycznej włóczęgi. W kącie, przy stoliku siedziała matka Andrzeja. Czekała. Zrazu spokojnie i cierpliwie, w miarę, jak zapadała ciemność, wzrastał jej niepokój, wstawała, by wyjrzeć przez okno, by przewertować któryś już raz książkę wyjść… Czekała… A przecież wiedziała, że jej syn jest „dobry”. Że to tylko Zamarła.

I wtedy przyszło mi na myśl że los może kiedyś powiedzieć — dość! Kiedyś zadziała rachunek praw­dopodobieństwa. Ale Andrzej zawsze wracał: przeżył i ciężki biwak na Masherbrumie i poważny upadek na Cho Oyu i krwotok wewnętrzny na Baturze. Wydawa­ło się, że niebiosa dały mu nieograniczone fory. Jed­nak limit się wyczerpał. Zadziałał rachunek praw­dopodobieństwa. ..

Nigdy nie rozmawiałam z Andrzejem o śmierci, ale myślę, że gdyby mu przyszło wybierać, wskazałby na tę właśnie, jaka była mu pisana. Nie był człowiekiem stworzonym do powolnego konania na nizinach. Zgi­nął w krajobrazie, który kochał. I sądzę, że jeśli każdy, kto zasłużył na niebo może je sobie wybrać, to An­drzej nie musi się już nigdzie przenosić.

Kiedy po mszy pożegnalnej za zmarłych na Evereście spotkaliśmy się w podziemiach kościoła św. Józefa, jeden ze wspinaczy mojego pokolenia powiedział: — Teraz, kiedy Andrzej nie żyje, już nigdy nie przyjdę do klubu. Nie ma po co.

Myślę, że wiele w tym racji.

Barbara Baran