Kefalonia – na wiosenne, majowe wakacje
17 lipca 2023
0

Gdzie by tu pojechać na wiosenne, majowe wakacje, żeby uniknąć tłumów, upału i abstrakcyjnych cen? Gdzieś na greckie wyspy? Korfu, Rodos, Tassos, Itakę? Wybrałyśmy z Dorotką, moją córką, Tassos i już mościłyśmy się tam w jakimś uroczym hotelu, kiedy okazało się, że jeszcze nie sezon, samoloty nie latają. Padło na Kefalonię, na pierwszy w tym sezonie rejs na wyspę, o której nie miałyśmy bladego pojęcia. Ale cóż, do odważnych świat należy (w cudzysłowiu, bo wszystko przez biuro załatwione).
I tak, w którymś z końcowych dni maja wylądowałyśmy w Argostoli, miasteczku szumnie nazywanym stolicą wyspy, skąd prom dostarczył nas do Lixouri, w pobliże naszego hotelu. Nasz zachwyt nie miał granic: hotelik malutki, sympatyczni właściciele, pokoik z widokiem na morze i góry, na miejscu restauracja i… kotka z czterema maleńkimi kociętami, co dla nas stanowiło dodatkowy bonus. Jednak w tę symfonię zachwytów wkradł się pewien zgrzyt: całkowity brak publicznej komunikacji gdziekolwiek, czego nie sprawdziłyśmy. Brak przy sobie prawa jazdy wykluczał wypożyczenie samochodu. Do najbliższego Lixouri 5 km z okładem… Rozpacz! Czy przez tydzień będziemy się wpatrywać w basen, błękit morza i góry po drugiej stronie zatoki, jak w piękną, ale w końcu opatrzoną tapetę i bawić się z kotami? Nieee…
Jak dotrzeć do Lixouri? Drogą nie ma mowy, bo w przeciągu pół godziny straciłybyśmy życie rozjechane przez szalonych, greckich kierowców. Brzegiem morza? Nikt tego, jak się okazało, nie sprawdzał. Następnego dnia, zdesperowane zeszłyśmy nad zatokę i podjęłyśmy wędrówkę…
Szłyśmy więc to wąskim paskiem piasku i kamieni, starając się nie zdeptać kęp śródziemnomorskich maków i maciejki, to znów płytką wodą, a między stopami przemykały nam drobne rybki , kraby i inne, dziwne morskie stworzenia, budząc przerażenie Doroty. Czasami woda dotykała kwietnej łąki, pola albo kolczastych zarośli, przez które przedzierałyśmy się, drapiąc do krwi kostki. A słońce, litościwie nie gorące, otulało nas ciepłem. Było cicho i pusto. Od czasu do czasu natykałyśmy się na różne ciekawostki w postaci truchła chronionego żółwia Caretta caretta, czy wielką, powaloną morwę, na którą schroniłyśmy się, uciekając przed podejrzanym psiskiem. Po godzinie zamajaczyły przed nami pierwsze zabudowania miasteczka i portu.
Okazało się być uroczym, prawdziwie greckim miasteczkiem, nieco zaniedbanym, z niziutkimi, pastelowymi domkami. Błądziłyśmy wąskimi uliczkami, strasząc stada umorusanych kotów, aż zdrożone zaległyśmy w jakiejś przybrzeżnej tawernie. Na powrót nie starczyło nam już sił. Skorzystałyśmy z taksówki, która za 10 Euro dowiozła nas przed hotel. Powtórzyłyśmy ten miły spacer jeszcze ze dwa razy, za każdym razem odkrywając coś nowego, aż zjawił się pan Krzysztof z biura podróży i zaoferował nam ciekawe wycieczki, z których skwapliwie skorzystałyśmy.
Dzięki pierwszej poznałyśmy wyspę, jej krajobrazy i uroki (degustacja win i miodów w winnicy pod Argostoli!). Sama stolica okazała się dość rozczarowująca: zabytków na lekarstwo, główna ulica z jej dość tandetnymi sklepami nudna, a główny plac Platia Villianou olbrzymi, pusty i bez wyrazu. Obiecane żółwie (Caretta caretta) nie pokazały nawet łapki. Zafascynował mnie za to 900-metrowy, kamienny most spinający brzegi zatoki, którego początki sięgają XIX wieku. Niestety, nie starczyło czasu, by się do niego zbliżyć.
Teraz czekała nas emocjonująca podróż na północ Kefalonii wąziutkimi serpentynami przez góry, żeby dotrzeć do miejscowości Karavomilos, skąd zaprowadzono nas do jednej z największych atrakcji wyspy, jaskini Malissani. Przepłynięcie łódką wypełnionego turkusową wodą awenu, z błękitnym niebem nad głową było zachwycającym przeżyciem.
Jadąc na północ zajrzeliśmy do kolorowego miasteczka Assos, nad którym góruje wenecka twierdza. Jeszcze tylko rzut oka w dół na bajkową plażę Mirtos, i… czas na powrót.
Następna wycieczka pod tajemniczą nazwą „Siga-Siga” (powoli, powoli) była relaksującym rejsem od plaży do plaży, z obiadkiem i bezludną wyspą na deser. Pierwsza z plaż malowniczo świeciła z daleka białymi skałami (White Rocks) i podobno była niedostępna od strony lądu. Zamiast pluskać się w lodowatej wodzie, szukałam (i znalazłam!) dogodnego zejścia. Dopiero druga plaża pozwoliła na kąpiel bez ryzyka przeziębienia, z bonusem w postaci błotka odmładzającego skórę. Naprawdę działało!
I w końcu malutka, bezludna wyspa Vardianoi, porośnięta odurzająco pachnącym, żółtym rózgowcem (Spartium junceum), z gubiącymi się w kłujących zaroślach ścieżynkami. Pokonałyśmy je z Dorotką bohatersko, docierając do XIX-wiecznej latarni morskiej na jednym z krańców wyspy.
I to by było na tyle wyspy, może nie rajskiej, ale ciekawej i uroczo spokojnej (może dlatego, że przed sezonem?), po której pozostały nam miłe wspomnienia, ale i pewien niedosyt. Jeszcze tyle zostało do zobaczenia!

Tekst Barbara Baran    zdjęcia: Barbara Baran, Dorota Baran